02.06.2016

Wywiad z Cassie - zwyciężczynią konkursu na miniaturkę miesiąca #9!

Cześć, moi kochani!
Muszę przyznać, że czerwiec nie rozpoczął się dla mnie zbyt dobrze. Kilka dni u cioci na wsi i dzięki kochanej alergii na pyłki/drzewa/wszystko inne siedzę w domu, tonąc w chusteczkach i lekach. Mam nadzieję, że u Was jest nieco lepiej! Opowiadajcie, proszę, jak spędziliście Dzień Dziecka. Rodzina czymś Was zaskoczyła? ;)
Zanim jednak przejdę do wywiadu, czyli głównej części tego posta, chciałam Wam przypomnieć o aktualnych konkursach. Mam wrażenie, że zainteresowanie zarówno jednym, jak i drugim, jest małe, dlatego tym bardziej zachęcam Was do udziału! Musicie pamiętać, że to, co my robimy – organizujemy konkursy, piszemy posty – to jedno. Ale żeby to wszystko nadal funkcjonowało, musicie nam trochę pomagać, bo bez tego ani rusz.
Nie przedłużając, zapraszam do przeczytania wywiadu i pozostawienia po sobie komentarzy! To naprawdę niewiele, a nawet nie wiecie jak może ucieszyć. :)
M.  
M.: Cześć, Cassie! Z tej strony M., administratorka Katalogu Granger. Zajęłaś pierwsze miejsce w konkursie na miniaturkę miesiąca, więc teraz mam przyjemność przeprowadzić z Tobą wywiad, który później pojawi się na katalogu. Jesteś gotowa, możemy zaczynać?
Cassie McKinley: Jasne, możemy. ;)
M.: Super, więc zaczynajmy! Pierwsze pytanie, od którego po prostu muszę zacząć — skąd zaczerpnęłaś pomysł na tak genialną miniaturkę, jak na niego wpadłaś? Czytając Twój tekst byłam naprawdę zachwycona całą koncepcją, a świetny styl pisania dopełnił całość. (:
Cassie: Na początek dziękuję — to jest niesamowite, że udało mi się tak wszystkich (a przynajmniej większość) poruszyć. :) A na pomysł wpadłam, kiedy smażyłam naleśniki (szczerze mówiąc, było to raczej gorączkowe poszukiwanie w miarę dobrego pomysłu, bo termin wysyłania prac kończył się tego samego dnia), więc był to raczej łut szczęścia. Miałam kilka wersji (Hermiona zaraz po bitwie, parę lat po niej czy chwilę przed nią), ale jak napisałam te pierwsze zdania, to jakoś samo poszło. Luna też się sama wpasowała, z czego jestem niezmiernie dumna, bo jest zdecydowanie zbyt mało doceniana.
M.: Mam takie samo zdanie, jeśli chodzi o jej postać. W opowiadaniach często się o niej zapomina, albo niektórzy całkowicie modyfikują jej charakter, czego osobiście bardzo nie lubię. A co skłoniło Cię do napisania miniaturki na nasz konkurs? Ogólnie bierzesz udział w takich przedsięwzięciach, czy był to Twój debiut pod tym względem?
Cassie: Nie, nie był to mój debiut, bo pisałam jeszcze dwie miniaturki na konkurs na Waszym katalogu i jedną spoza. A skłoniło mnie wyzwanie, bo tak to traktuję. Nie jest łatwo pisać pod nadany z góry temat i to jeszcze tak, by było to w miarę ciekawe i oryginalne. Chciałam też sprawdzić, czy potrafię przekazać emocje, które kłębią się w mojej głowie. I chociaż nie jestem nowicjuszką, bo miałam za sobą parę takich prób, to każdy tekst to inna mieszanina uczuć. Nie wiem, czy dobrze to wyjaśniłam, ale chodzi o to, że każdy tekst to inna sytuacja i inne przeżycia z tym związane.
M.: No tak, w końcu za każdym razem pojawiają się inne tematy (przynajmniej na naszym katalogu), a mieć pomysł jak wykorzystać taki temat, to naprawdę trudne zadanie! Długo działasz już w blogosferze czy stosunkowo niedawno się pojawiłaś w tym „świecie”? No i jak to się stało, że zaczęłaś publikować swoje teksty na blogu, ktoś Cię do tego zachęcił czy sama do tego doszłaś?
Cassie: W blogosferze jako czytelniczka działam od jakichś 4/5 lat, natomiast publikuję dopiero od niecałego roku, a dokładniej od dziewięciu miesięcy. Wiem, krótko, ale wcześniej nie czułam się na siłach. Może ktoś pamięta akcję Venetii Noks? Chodzi o publikowanie na jej blogu prac początkujących autorek. To był właśnie impuls, dzięki któremu postanowiłam zaistnieć w blogosferze.
M.: A pamiętasz swoje pierwsze przeczytane opowiadanie? Pozostaje sentyment, wracasz czasem do niego?
Cassie: Pierwsze? To było chyba „Lubię, gdy jesteś obok” i trzeba przyznać, że trafiłam bardzo dobrze, bo wtedy przekonałam się do fanfiction. Później już tylko pożerałam kolejne opowiadania, widząc, że można napisać całkiem dobrą alternatywę. Ale to właśnie historia Icammy będzie miała specjalne miejsce w moim serduszku i może to dlatego mam taki sentyment do Dramione.
M.: Mówisz o sentymencie do dramione, co jak najbardziej rozumiem, sama mam podobnie — a próbowałaś pisać innego rodzaju pairingi, czy ograniczasz się do tego jednego? No i koniecznie powiedz, bo zerknęłam na Twojego bloga i zobaczyłam, że jest już 12 rozdziałów Twojego opowiadania — masz już zaplanowany koniec, pisząc, trzymasz się jakiegoś planu/schematu, czy działasz na tak zwanego „spontana”?
Cassie: Sentyment sentymentem, ale nie lubię się ograniczać tylko do tego pairingu, wręcz przeciwnie, uważam, że każdy ma swoje pięć minut i jeżeli jest dobrze napisany, to z przyjemnością do niego wracam. Pisałam Romione i chyba mi się udało, bo zajęłam u Was II miejsce. A co do mojego opowiadania, to początkowo miałam tylko ogólny zarys (bardzo, bardzo ogólny) co, gdzie, jak i z kim. Aktualnie mam trochę bardziej rozplanowane, jak to wszystko ma się potoczyć, ale muszę przyznać, że w większości działam na spontana, bo ilekroć siadam do mojej historii i próbuję sobie rozpisać kolejne wydarzenia, to mi się nie udaje. Dopiero pisząc, jestem w stanie to ogarnąć, bo, jak to mówią, wszystko wyjdzie w praniu, a w moim przypadku się sprawdza.
M.: W takim razie widzę, że działamy bardzo podobnie! A skoro już mowa o zakończeniach  — jakie zakończenia preferujesz w opowiadaniach: te szczęśliwe, kiedy dwójce głównych bohaterów udaje się ze sobą być, czy może smutne?
Cassie: Oczywiście te szczęśliwe! Uwielbiam wtedy do nich powracać — aż nie mogę się przestać uśmiechać, kiedy czytam, jak po wielu trudach w końcu im się udało. Ale czasem mam ochotę przeczytać coś ze smutnym zakończeniem, bo, niestety, jest ono o wiele bliżej naszej szarej egzystencji. Mając jednak wybór, to bez żadnego żalu jestem w stanie porzucić smutne zakończenie na rzecz szczęśliwego (masło maślane, ale prawdziwe).
M.: Szczęśliwe zakończenia są najlepsze, absolutnie się z Tobą zgadzam. :) Powiedz mi, proszę, jeszcze kiedy jesteśmy przy temacie blogspota i opowiadań, skąd czerpiesz wenę i chęci do pisania? Masz takie miejsce, w którym zbierasz myśli jeśli chodzi o pisanie? Co jest Twoją inspiracją przy pisaniu tekstów?
Cassie: Mam notesik, który spoczywa sobie cierpliwie na szafeczce obok łóżka (zanim pójdę spać, zmuszam się do przeanalizowania kolejnych rozdziałów) i szczerze mówiąc, to staram się nie myśleć o historii gdziekolwiek indziej niż w domu. Dlaczego? Nikt nie wie, że cokolwiek skrobię (jedynie mama się domyśla, ale nie zna żadnych szczegółów), a dziwne by było, gdybym nagle zaczęła coś szaleńczo pisać w jakimś zeszycie, bo wpadłam na genialny pomysł. A co do inspiracji... Jest nią wszystko: ostatnio wysłuchana piosenka, obrazek, rozmowa czy czytanie z pozoru niezwiązanego z tym tekstu, a nawet miły komentarz pozostawiony pod ostatnim rozdziałem. Czasem jest nawet tak, że nie potrzebuję żadnej inspiracji, po prostu piszę, a czasem jest też tak, że nic nie pomaga. Nie mam więc jakiegoś przepisu, który się zawsze sprawdza, jest to raczej być albo nie być, jeśli chodzi o wenę i chęci. I jeżeli jest to właśnie „nie być”, to muszę się po prostu przymusić (chyba że czasu też pożałowano — wtedy już nic się nie da zrobić).
M.: A co najbardziej lubisz w tym blogowym świecie? Jak myślisz — jakie ma wady i zalety, przynajmniej dla Ciebie?
Cassie: Hmm... Trudne pytanie. Myślę, że najlepszą rzeczą jest to, że ocenia się kogoś po umiejętności pisania, a nie po charakterze, wyglądzie czy sytuacji rodzinnej (a co zdarza się w realnym świecie). Możesz zachować anonimowość i po prostu pisać, robić coś, co kochasz. I dopóki nie wyjawisz, kim jesteś, raczej nikt się nie zorientuje (raczej, bo nie wiadomo, czy po drugiej stronie nie jest Twój najlepszy przyjaciel, który bardzo dobrze Cię zna). Natomiast za wadę uznałabym również po części anonimowość, która nie zawsze jest dobra. Niektórzy czują się bezkarni i chociaż mnie to nigdy (na całe szczęście) nie dotknęło, to zdarza się wyzywanie. Nie lubię też, jak się spostrzega tych, co publikują, jako zawodowych pisarzy. Zdarzają się osoby, które twierdzą, że zwlekanie z publikacją nie jest profesjonalne. A przecież jesteśmy jedynie młodymi ludźmi, którzy chcą uciec od świata. Nie powinno się sądzić, że jest to nasz priorytet, bo tak nie jest. I ilekroć widzę notkę od autora, który pisze, że jest mu przykro, ale nie da rady dokończyć rozdziału na czas, a pod spodem w komentarzach czytam, że nie powinno być trudne napisać parę zdań dziennie, a nie powtarzać o ciągłym braku czasu, to aż mnie coś ściska. Ale nie są to jednak duże wady, bo jednak blogosfera pozwala się rozwijać, co widać po wielu blogach.
M.: Dokładnie, mam bardzo podobne zdanie, jeśli chodzi o temat blogosfery. Wspomniałaś, że blog pozwala się rozwijać, a co w takim razie sądzisz o konkursach, na przykład o tych, które są organizowane zarówno na naszym katalogu, jak i innych stowarzyszeniach? Myślisz, że coś dają? No i właśnie — co Ty zyskałaś dzięki takim konkursom, w których brałaś udział?
Cassie: Zdecydowanie tak, bo pozwalają pisać o nowych rzeczach. Dodatkowo ćwiczysz swoje pióro, bo jednak nic samo nie przychodzi. Czasem są też takim szturchnięciem, kiedy masz zdecydowanie za długi zastój z weną. Ja natomiast zyskałam więcej pewności siebie, że to, co robię, nie jest głupie i jednak coś potrafię (tak, już się oswoiłam z tym, że wygrałam, ale to nadal jest niesamowite). Mogę też dodać, że przydaje się spojrzenie kogoś innego na Twoją twórczość, zwłaszcza że jury podchodzi do tego o wiele bardziej krytycznie. W każdym razie przydaje się i zmycie głowy zimną wodą, i pochwały, które pokazują, że nie stoisz w miejscu.
M.: A brałaś udział w jakiś konkursach w życiu prywatnym, na przykład w szkole czy też poza nią, czy raczej je omijasz? (:
Cassie: Jedynie plastyczne i przedmiotowe — w literackich nigdy nie brałam udziału i jak na razie nic się na to nie zanosi.
M.: Cóż, zawsze warto próbować swoich sił, a nóż się uda! Tym bardziej, że w blogowym świecie odnosisz sukcesy. :) No dobrze, teraz trochę odejdę od blogowego świata. Powiedz mi jaka jest Cassie w prywatnym życiu, jakie masz zalety, wady? Potrafisz opisać siebie trzema wybranymi kolorami i wyjaśnić czemu akurat te?
Cassie: Jestem mieszanką Puchonki (uwielbiam pomagać innym, nawet jeśli nic za to nie dostaję), Krukonki (myślę, że jestem dość inteligentna i mam troszeczkę wiedzy w swojej główce na rozmaite tematy, przez co czasem mogę się wydać zarozumiała) i Ślizgonki (jestem nadzwyczaj ambitna). I swoje życie właśnie widzę w słomianej żółci (radość, kochani, i bezinteresowność), ciemny granat (jak zachmurzone niebo, pesymizm często mnie dopada), ale nie ma go dużo, bo zwyczajnie przegrywa z tymi pokładami żółci. Co do trzeciego koloru... Myślę, że najlepiej pasowałby szary, bo jestem typem obserwatora, nie lubię być w centrum uwagi, jestem wręcz introwertyczką jakich mało. Coś jeszcze? Ach, mam wybujałą wyobraźnię, jestem tak bardzo nierozgarnięta, że powinno być to zakazane, i naprawdę współczuję swojej przyszłej połówce, bo jestem lekko świrnięta (ale w niezbyt zaawansowanym stopniu, więc nie jest tak źle). Ot, cała ja — zbiór sprzeczności. :)
Ach, zapomniałabym, jestem także krytyczna (i to bardzo), muszę dodać komentarz, kiedy coś mi nie pasuje. A o swoich pracach już nie będę wspominać, bo, szczerze mówiąc, zawsze znajdę coś, co mi nie pasuje.
M.: A jakie masz zainteresowania? Co lubisz robić w wolnym czasie, co sprawia Ci radość, daje ogromną frajdę? Dzięki czemu odpoczywasz w tych wolnych chwilach?
Cassie: Pisanie — o ile jest wena, bo bez niej to katorga; rysowanie, nawet zwykłe bazgroły sprawiają, że się uśmiecham; czytanie (aczkolwiek jest go ostatnimi bardzo mało), szczególnie kiedy są to historie z happy-endem; słuchanie muzyki i zwykłe bycie z wiedzą, że nie musisz się spieszyć. Uszczęśliwia mnie też patrzenie na cudzą radość — może i jestem dziwna, ale... świadomość, że ktoś jest szczęśliwy, sprawia, że coś mnie łapie za serducho i nie chce puścić.
M.: Absolutnie się z Tobą zgadzam! Patrzenie na szczęście bliskich osób sprawia, że od razu się uśmiecham. W takim razie kolejne pytanie! Jakie gatunki książek najchętniej czytasz? Masz swoją ulubioną książkę, a jeśli tak — co w niej pokochałaś? (:
Cassie: Trudno mi wyróżnić jakąkolwiek książkę czy choćby gatunek, bo uwielbiam czytać wszystko, co wpadnie mi w łapki. Może jedynie nie przepadam za horrorami, bo nie lubię się bać, i chyba najbliżej mojemu sercu byłoby Fantasy w czasach przypominających średniowiecze (coś w stylu Śródziemia Tolkiena). Lubię też postapokaliptyczne światy. Takie samo podejście mam do książek obyczajowych, które nie są jednak zapychaczem dla tłumów, a mają coś w sobie, coś nieuchwytnego, świeżego, czego nie widać na pierwszy rzut oka. I takim sposobem moje serducho zabiło szybciej na „Zieloną milę”, „Małego księcia”,
„Dziecko Noego”, „Papierowe miasta”, a nawet na „Władcę much” czy jeszcze na inne książki, których w tym momencie nie mogę sobie przypomnieć. Tak samo jest z ff, które może nie były doskonałe, ale w jakimś stopniu mnie oczarowały. I tu też nie ma znaczenia co, ważne by było to napisane z głową.
M.: A że połączyły nas książki o Harrym Potterze, w końcu to Katalog Granger, powiedz mi kiedy po raz pierwszy spotkałaś się z serią tych książek i w jakich okolicznościach? Od razu spodobała Ci się ta historia, jaka stworzyła Rowling?
Cassie: To była jakaś trzecia/czwarta klasa podstawówki. Wcześniej, wstyd przyznać, nie znałam Harry'ego — filmy mnie omijały, bo tata nie przepada za tym gatunkiem. Pewnego razu, buszując po szkolnej bibliotece, natrafiłam na pierwszy tom i z mieszanymi uczuciami zaczęłam czytać. I muszę przyznać, że oczarowała mnie, pierwszy raz nie byłam w stanie oderwać się od książki. Mogłam prześlęczeć nad nią cały dzień. Teraz widzę jak wiele niedociągnięć jest w tej książce (Harry nie mógł być aż tak wielkim idiotą, prawda? Zdrowy rozsądek, wbrew pozorom, nie jest trucizną), ale jest to część mojego dzieciństwa i można powiedzieć, że później zawładnął nad moim życiem — jest jego nieodłączną częścią i wiem, że zawsze z przyjemnością będę do niego wracać.
M.: To wcale nie tak późno, jak trzecia/czwarta klasa. :) Czytasz jakieś inne serie książek oprócz, wspomnianego już, „Harry'ego…”?
Cassie: Czytałam „Igrzyska śmierci”, „Percy'ego Jacksona”, „Pana Samochodzika” i... więcej nie mogę sobie przypomnieć. Jestem teraz w trakcie „Niezgodnej”, ale nie jestem w stanie nic dalej wymienić (ja naprawdę mam słabą pamięć do tytułów).
M.: O, Percy! Sama właśnie zaczęłam czytać tą serię już po raz, bodajże, piąty i za każdym razem zakochuję się w tych książkach od nowa. Czym kierujesz się przy kupnie/wyborze książek w księgarni/bibliotece? Co ma taki decydujący wpływ na to, co weźmiesz? Zawsze mnie to bardzo ciekawi. No i czy jest podobnie przy czytaniu ff, że wybierasz jakieś na podstawie fabuły/kreacji bohaterów/stylu pisania autora? (:
Cassie: W księgarni patrzę na początek na okładkę, później czytam opis i jeżeli wydaje się być ciekawy, to wtedy zerkam na pierwszą stronę — jeżeli się spodoba, to biorę. Z ff jest trochę inaczej, bo muszę przeczytać pierwszy rozdział bądź prolog (ale i on nie zawsze starcza), by móc cokolwiek o nim powiedzieć. W ff zwracam też uwagę, jaki jest pairing (co prawda, nie ma większego znaczenia, jeśli jest dobrze napisane, ale i tak do niektórych czuję niesmak). Jak już mówiłam, przeczytam wszystko, bo szkoda skreślać coś ze względu na gatunek czy inną bzdurną rzecz, jeżeli to coś ma potencjał.
M.: A teraz, troszkę schodząc z tego toru rozmowy, jakie masz plany na przyszłość? Wiążesz je z pisaniem, może wydaniem w przyszłości książki?
Cassie: Chciałabym, naprawdę bym chciała, moje serduszko aż samo nie wierzy w to, jak bardzo pragnę wydać swoją własną książkę. Wiem jednak, że nie będzie to łatwe, zwłaszcza że teraz pisarzem może być każdy i wybić się spomiędzy tylu autorów jest straszliwie trudne. Już nawet pracuję nad pewnymi historiami, które mogłyby mieć na tyle duży potencjał. Ale moim priorytetem będzie medycyna (no chyba że wcześniej wydam książkę i stanie się ona międzynarodowym bestsellerem — wtedy rzucę to w cholerę i zasiądę już na stałe za klawiaturą).
M.: Bardzo życzę Ci tego, żeby Ci wyszło, zarówno z wydaniem książki, jak i pójściem na studia medyczne. (: Zawsze warto dążyć do swoich marzeń. Oprócz wydania własnej książki, masz jakieś marzenia, chciałabyś je zdradzić? No i czy według Ciebie warto marzyć, być optymistą, czy lepiej był realistą, twardo stąpającym po ziemi?
Cassie: Więcej marzeń? Jak na razie to to jest moim największym marzeniem. A czy warto marzyć... Myślę, że tak, ale trzeba to robić z rozwagą, jak to mówił Dumbledore, że nie warto pogrążać się w marzeniach i zapomnieć w ten sposób o życiu. Sądzę raczej, że marzenia to taki zalążek celu, ale jeszcze na tyle niepewny i odległy by o niego walczyć. Dopiero po czasie nabiera realności, jeżeli będziemy stopniowo usuwać dzielące nas od niego bariery. Stanie się celem. Zatem wybrałabym mieszankę optymisty (jeżeli w siebie nie wierzysz, to do niczego dojdziesz) i realisty (chłodne spojrzenie i rozwaga — trzeba mierzyć możliwości na zamiary).
M.: A jeszcze wracając na chwilę do Harry'ego, bo zapomniałam o kilku pytaniach — czy udało Ci się coś wynieść z tej serii? Nauczyłaś się czegoś, po przeczytaniu tych książek patrzysz na jakieś sprawy inaczej, czy raczej nic się nie zmieniło?
Cassie: Ciężko mi cokolwiek o tym powiedzieć, bo poznałam go, kiedy otoczenie szczególnie wpływa na charakter, więc nie mam pojęcia. Możliwe, że inaczej patrzyłabym na świat, ale są to dość abstrakcyjne i niepewne rozważania — równie dobrze mogłabym zakochać się w czymś innym i teraz stałabym gdzieś indziej niż teraz.
M.: Rozumiem. (: Utożsamiasz się którymś z bohaterów z „Harry'ego...”? Który bohater jest dla Ciebie takim ulubionym, a którego — wręcz przeciwnie — nie znosisz?
Cassie: Uważam się za taką niegryfońską (bo u mnie rozsądek przeważa nad odwagą) Hermionę. Jest mi do niej najbliżej, bo też woli walczyć mózgiem, niż pięścią czy urodą, nie cierpi nie przestrzegać regulaminu i chce równouprawnienia dla wszystkich. Nie znoszę za to kilku postaci, na przykład nie cierpię Malfoya, bo Rowling wykreowała go na strasznego dupka, nie lubię też Snape'a (on też był dupkiem — co prawda odważnym, ale nadal dupkiem), nie przepadam też za Hagridem i tu nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego, coś mnie skręca, jak o nim czytam.
Ach, a jedną z moich ulubionych postaci to Dumbledore i Luna — dwoje świrów, którzy przewyższają inteligencją większą część społeczeństwa. Nie przeszkadzają mi nawet manipulacje Dumbledore'a, bo nie ma co się oszukiwać — bez niego świat czarodziejski by leżał i kwiczał, a Voldemort z powodzeniem wygrał wojnę.
M.: Pytałam o te ulubione, dla Ciebie, postacie i te, których nie znosisz. A czy w serii „Harry'ego…” pojawili się bohaterowie, którzy zginęli, ale darzyłaś ich szczególną sympatią? I w odwrotną stronę: czy byli bohaterowie, których odejście Cię „ucieszyło”?
Cassie: Szokiem dla mnie była śmierć Syriusza. To było takie... złe. Harry chciał go uratować, a sam się w jakiś sposób do tego przyczynił (a przynajmniej on sam tak uważał). Według mnie to właśnie ta śmierć była najbardziej niesprawiedliwa. Oczywiście Fred, Tonks, Remus, Zgredek czy nawet Snape — szkoda, że zginęli, ale stało się to w czasie wojny, kiedy zdawali sobie w pełni sprawę, o co toczy się rozgrywka i na co się porywają. Akcja w Ministerstwie raczej miała polegać na znalezieniu piątki nastolatków i powrót z nimi do Hogwartu. Dodatkowo w czasie piątego tomu czarodziejski świat negował powrót Voldemorta, który, notabene, był jedyną postacią, której śmierć mnie naprawdę ucieszyła. Chociaż może jeszcze Bellatrix i Glizdogon, ale, szczerze mówiąc, równie dobrze mogli pójść do Azkabanu, to Voldemort mógł być ciągłym zagrożeniem, był zbyt potężny.
M.: Wcześniej napisałaś, że Twoja mama wie, że piszesz, ale nie zna żadnych konkretów — wolisz zostawić swoją pasję dla siebie, nie chcesz nikomu się pochwalić swoimi tekstami czy może planujesz to w przyszłości zrobić? I pisałaś, że bierzesz udział w konkursach przedmiotowych w szkole — rodzina wspiera Cię w tym, dopinguje? I właśnie: czym jest dla rodzina, potrafisz to jakoś opisać?
Cassie: W przyszłości — może, tak naprawdę trudno mi powiedzieć, bo przecież nie wiemy, co będzie jutro. Jednak planuję pokazać coś swojemu starszemu bratu, który nie będzie się bał mnie skrytykować ani mnie nie wyśmieje. Ale są to odległe plany, bo teraz wolę zachować swoją anonimowość. A co do konkursów to moja mama stoi za mną murem, bez względu czy mi się uda, czy nie. Reszta rodzina jest bardziej zdystansowana niż ona, ale i tak mnie wspierają. Trudno mi wyjaśnić, czym jest dla mnie rodzina. To po prostu coś, dzięki czemu czuję się bezpieczna, kochana.
M.: Porozmawiałyśmy trochę o rodzinie, więc czas na przyjaciół. :) Masz takie osoby, które zawsze przy Tobie są, wspierają Cię w trudniejszych chwilach? I co myślisz o internetowych przyjaźniach, zawieranych właśnie przez prowadzenie bloga?
Cassie: Mam bliskie osoby, ale one też nie wiedzą o mnie wszystkiego. Wiem jednak, że mogę na nie liczyć. Myślę też, że internetowe przyjaźnie są bardzo dobrym sposobem na wymianę swoich zainteresowań. Nie można się oszukiwać i myśleć, że wokół nas są tylko osoby, które mają takie same pasje. Ja tak naprawdę nie znam nikogo (albo mi się tak wydaje), kto podzielałby moje spojrzenie na świat (moja przyjaciółka jedynie wywraca oczami, kiedy zaczynam się czymś nadmiernie ekscytować), a internetowe przyjaźnie na to pozwalają. W końcu nie będziesz prowadzić rozmowy z kimś w Internecie, z kim nie masz tak naprawdę żadnych tematów. Wiadomo, nie zastąpi to spotkania twarzą w twarz, ale fajnie jest powymieniać się zdaniami z kimś, kto robi to samo.
M.: No tak, można spotkać wiele osób, które mają podobne zainteresowania i to jest właśnie piękne! Mając bloga, udostępniając swoje teksty, nastawiamy się na czytelników — masz z nimi kontakt, prowadzisz w komentarzach rozmowy/dyskusje? (:
Cassie: Mam raczej słaby kontakt z czytelnikami, zdarzają się osoby, z którymi mam kontakt, ale nie jest taki, jaki bym chciała. Teraz będę miała jednak więcej czasu i postaram się to naprawić (a czy mi się uda, to już inna historia).
M.: A, prowadząc bloga, miałaś do czynienia z krytyką? Jak na nią reagujesz — denerwujesz się, czy przyjmujesz ją ze spokojem? I chodzi mi tu zarówno o bloga, jak i życie prywatne.
Cassie: Może to dziwne, ale na blogu jeszcze się z nią nie spotkałam, oczywiście czytelnicy mieli jakieś uwagi, ale było to raczej w formie porad, niż prawdziwej krytyki. A w życiu prywatnym... Tutaj jest inna sprawa, bo mama, chociaż mnie wspiera, to musi wtrącić swoje trzy grosze (przemilczmy fakt, że mam taki sam charakter), moi bliscy znajomi też nie zaniechają paru słów, ale jest to bardziej motywujące, bo uświadamiam sobie, że muszę ciągle nad sobą pracować.
Jak na nią reaguję? Na początek się złoszczę (zwłaszcza wtedy, kiedy poświęciłam na to mnóstwo pracy), ale później zdaję sobie sprawę, że ten ktoś może mieć rację.
M.: Często krytyka może być motywacją, takim „motorkiem napędowym”. A więc co jest Twoją motywacją? Zarówno jeśli chodzi o pisanie, jak i inne życiowe aspekty?
Cassie: Motywacją? Nie wiem, może ambicja i chęć bycia coraz lepszym i lepszym? To byłoby chyba najbliższe prawdy.
M.: Rozumiem, trafne spostrzeżenie! Teraz, zmierzając już do końca wywiadu, myślisz, że warto było wziąć udział w naszym konkursie?
Cassie: Warto, warto — już o tym wspominałam, że dzięki temu można zrozumieć, co robi się źle. Jury jest (a przynajmniej powinno być :D) bezstronne, więc nie kieruje się sympatią do autora czy ulubionym pairingiem. A mi się udało wygrać, za co jeszcze raz dziękuję, a dzięki temu zyskałam o wiele więcej pewności w pisaniu.
M.: Życzę Ci jeszcze więcej sukcesów w zarówno pisaniu, jak i innych dziedzinach! Bardzo dziękuję, że zgodziłaś się na ten wywiad i poświęciłaś swój czas na rozmowę. To była dla mnie ogromna przyjemność!
Cassie: Również dziękuję — nie sądziłam, że udzielanie wywiadu to coś tak fajnego (moja pani polonistka właśnie załamuje głowę).
Życzę Wam miłego dnia! Do zobaczenia. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

szablon wykonany przez oreuis