19.12.2017

Wywiad z AnkaJestem — zwyciężczynią #12 edycji konkursu na miniaturkę miesiąca

Akuku, moi drodzy!
Całkiem dawno mnie tu nie było — patrzę na nasze posty i ostatni, który opublikowałam, to tablica ogłoszeń z 24 listopada. Kurczę, od tamtego momentu minął już prawie miesiąc, a ja mam wrażenie, że to było zaledwie kilka dni temu. Szybko proszę mi opowiadać, jak minął Wam grudzień! Mam nadzieję, że zasypiecie mnie pod tym postem komentarzami, w których pojawią się informacje, co tam robiliście w tym miesiącu. Naprawdę bardzo na to liczę! ;)
Jeśli ktoś jest ciekawy jak mi minął grudzień to już pędzę z wyjaśnieniem co robiłam — z tego miesiąca jedyne co pamiętam to zakupy co drugi dzień. Naprawdę, w tym roku stałam się strasznie ambitnym świętym Mikołajem i chciałabym obdarować prezentami wszystkich (łącznie z sąsiadem z piętra niżej — ale on zasłużył na rózgę). Wczoraj dokupiłam wszystkie rzeczy potrzebne do zapakowania upominków i już w piątek wreszcie się za to wezmę! Ostatni weekend spędziłam w Krakowie; przez to nie byłam na naszym wieczorku potterowskim, ale mam nadzieję, że i beze mnie świetnie się bawiłyście! ;) Muszę przyznać, że to właśnie tam poczułam, że nadchodzą święta. Polecam każdemu taki wypad!
Dzisiaj przybyłam do Was z wywiadem z Anią; zwyciężczynią konkursu na miniaturkę miesiąca #12! Jej praca zdobyła serce zarówno Wasze, jak i naszego jury. Mam nadzieję, że wywiad przeczytacie z przyjemnością i zostawicie jakiś krótki komentarz — na zachętę nie tylko dla nas, ale też autorki „Meteoropatii”!
Tymczasem ja zmykam na zajęcia — przypominam Wam tylko jeszcze o Świeżakach, które wciąż czekają z nadzieją na Wasze głosy! Nie zawiedźcie nas, bardzo proszę.
Buziaki, M.

KG: Cześć, Aniu! Z tej strony M. i Arcanum, i dzisiaj to właśnie my mamy przyjemność przeprowadzić z Tobą wywiad! Na początku, zanim zaczniemy, chciałybyśmy podziękować Ci, że zgodziłaś się poświęcić trochę swojego czasu na (nie)długą rozmowę. Jesteś gotowa, możemy zaczynać? :)

Anna: Witajcie, oczywiście, że jestem gotowa. Możemy zaczynać. ;)

KG: Super! Zaczniemy od konkursu, a przede wszystkim od Twojej pracy konkursowej. Spodziewałaś się, że tak spodoba się czytelnikom? Czy pomysł na nią szybko wpadł Ci do głowy czy też musiałaś nad nim długo rozmyślać?

Anna: Zacznijmy od pomysłu. Na początku musiałam przesłuchać piosenkę i zrozumieć, o czym jest jej tekst. Pomysł po dwóch przesłuchaniach właściwie sam zakwitł w mojej głowie — myślałam o tym, co Hermiona musiała przejść w czasie wojny; wtedy też na pierwszy plan wysunął się wątek jej związku z Ronem, który właściwie narodził się w tym czasie. A czy się spodziewałam, że tak się spodoba? Niekoniecznie, gdyż brałam poprawkę na to, że niektórzy nawet nie chcą słyszeć o Romione, ale ja rzadko piszę pod publikę, więc ten fakt mnie nie powstrzymał. Na pewno nie spodziewałam się, że „Meteoropatia” wygra.

KG: A jednak — okazało się, że to właśnie Twoja praca zdobyła serce większości czytelników, i co istotne w tej edycji — serce naszego jury! Jeśli już mowa o konkursach; często bierzesz udział w podobnych przedsięwzięciach czy to raczej pojedyncze uczestnictwo?

Anna: Dawno temu, kiedy jeszcze przeceniałam swoje zdolności pisarskie, wzięłam udział w paru konkursach. Miałam długą przerwę w pisaniu pod konkurs, a decyzja o tym, że akurat wezmę udział w tym organizowanym przez Katalog Granger, była dość spontaniczna. Ostatecznie napisałam miniaturkę głównie dzięki grypie. Zapewne gdyby nie choroba i przymusowy pobyt w domu nie znalazłabym czasu lub przegapiłabym termin wysyłania prac.

KG: Mimo okoliczności cieszymy się, że napisałaś pracę konkursową, bo jak widać zdecydowanie się opłacało. Czytając Twoją miniaturkę, byłam zaskoczona, że to Romione, bo wiem, że piszesz opowiadania Dramione, które obecnie cieszą się dużą popularnością. Jak już o tym mowa, jak się czujesz, wiedząc, że Twoje historie mają tylu fanów i czytelników?

Anna: Jestem bardzo zaskoczona tym faktem. Pierwszy szok przeżyłam, gdy ludzie zaczęli polecać moje opowiadania. To zaczęło się mniej więcej po paru pierwszych rozdziałach „Esencji Cierpienia”. Co czuję dokładniej? To jest mieszanka potężnej porcji dumy i szczęścia, a także kapki niezrozumienia. Nigdy nie sądziłam, że będę mieć, a przynajmniej moje prace, fanów. Owszem, marzyłam o tym, ale w sumie nigdy nie sądziłam, że chociaż uda się mi zdobyć tego namiastkę. Kto wie, może kiedyś będę podbijać grono większe niż to skupione na Dramione?

KG: Cała nasza załoga bardzo, ale to bardzo, Ci tego życzy! Potrafisz stworzyć piękne, wzruszające historie, wzbogacając je w niesamowite opisy i całe pokłady uczuć, więc nic dziwnego, że tyle osób uwielbia Twoje opowiadanie. Opowiedz nam — kiedy właściwie zaczęła się twoja historia z tą pasją, z pisaniem?

Anna: Żeby nie skłamać, to pierwsze opowiadania pisałam w czasach, kiedy chodziłam do podstawówki. Zafascynowana „Mustangiem z Dzikiej Doliny” wymyślałam historię o koniach (i nie były to fanfiction). To były prace w formie książeczek z ilustracjami. Przez lata gdzieś tam bazgrałam swoim paskudnym pismem w zeszytach, a te chowałam na dnie szuflad, żeby czasem nikt ich nie znalazł. Regularnie pisać zaczęłam na studiach, ale też robiłam to głównie dla siebie. Ba, wstydzę się tamtych „powieści”. Publikuję swoje twory dopiero od dwóch lat, na początku na blogu, a później na wattpadzie. Dopiero konfrontacja z czytelnikiem nauczyła mnie skromności, a także tego, że trzeba się bardziej wysilić, żeby nazwać tekst „przeciętnym”, już nie wspominając o „dobrym”.

KG: To prawda, trzeba się przyłożyć, aby napisać coś wartościowego. Widać, że miałaś bardzo wiele doświadczeń związanych z pisaniem. Zastanawia mnie, skąd czerpiesz pomysły na opowiadania? Czy coś konkretnego Cię inspiruje? Zauważyłam także, że starasz się publikować dość regularnie. Czyżbyś nie miała wielkich problemów z weną? Czy w ogóle w Twoim słowniku istnieje pojęcie weny?

Anna: Pomysły czasem same wpadają do głowy. Nierzadko, o ile pamiętam, inspiruję się snem — mam nawet całą listę „do napisania”, którą tworzę właśnie po przebudzeniu, pamiętając senne marzenie. Może czasem zasugeruje mi coś jakiś film, książka? Zazwyczaj rozwój sytuacji zależy od prostych pytań np. „jak powinien postąpić bohater?”. A wena? Raczej nie. U mnie działa to na zasadzie: albo mam dobry dzień i mi się chce; albo mam lenia i wolę robić rzeczy niewymagające myślenia. Nie raz zmuszam się do napisania szkicu, sceny, ale jeśli moje myśli błądzą wszędzie, tylko nie przy tekście, to jaki to ma sens? Więc są tylko chęci i to, czy jestem w stanie się skupić. Może dla niektórych właśnie to jest definicją weny?

KG: Inspiracja snem to coś, co znam bardzo dobrze, bo w wielu sytuacjach mam możliwość z tego korzystać. Każdy z nas ma swój sposób na pisanie, ale jak widać po popularności Twoich opowiadań, ten który stosujesz, spisuje się całkiem nieźle. Jestem ciekawa, czy pisząc opowiadanie starasz się pomijać wszechobecne schematy czy wręcz przeciwnie — podążasz za nimi krok w krok?

Anna: Staram się omijać niektóre schematy, aczkolwiek dobrze poprowadzony schemat nie jest zły. Ogólnie ciężko stworzyć coś nieschematycznego, kiedy właściwie całe ludzkie życie opiera się na schematach. Ważne, żeby w opowiadaniu pojawiło się coś, co będzie je odróżniać od innych. Uważam także, że na co byśmy nie wpadli „odkrywczego” i „nowatorskiego” to jest 99% pewności, że ktoś już wcześniej o tym pomyślał. Jakby nie patrzeć „Zapisani Sobie” oraz „Esencja Cierpienia” w trzonie fabuły mają schemat. „Zapisani sobie”? Wracają do Hogwartu, nie lubią się, zostają zmuszeni by spędzać ze sobą czas, zakochują się w sobie, pokonują przeciwności losu. Czyż nie brzmi znajomo? Czyż nie brzmi jak połowa Dramione w czasach szkolnych? A „Esencja Cierpiania”? Opiera się na schemacie większości opowiadań o porwaniach.

KG: Dokładnie! Obecnie ciężko jest napisać coś na tyle oryginalnego, by wybić się, gdy wciąż powstają nowe opowiadania, w szczególności te z pairingiem dramione. Jeśli już mowa o schematach — zaczynając pisać historię, masz już plan na całość, czy działasz na spontana? Masz zaplanowane wszystko od pierwszej litery do ostatniej kropki?

Anna: To zależy. Czasem planuję i faktycznie trzymam się planu, a czasem mi to... nie wychodzi. „Esencję Cierpienia” pisałam mając tylko początek i koniec, resztę wymyślałam na bieżąco. W „Zapisanych Sobie” właściwie mniej więcej wiedziałam, jak powinno się to wszystko potoczyć — opierałam się na paru najważniejszych scenach. „Ach! Ta Szkolna Miłość!” planowałam od początku do końca, miałam przygotowany cały szkic — zmieniłam parę szczegółów i zakończenie. Mam wrażenie, że nie da się opowieści zaplanować i nie zboczyć gdzieś po drodze, gdyż czasem właśnie w trakcie możemy uznać, że jednak mamy lepsze rozwiązanie.
Jeśli zaś chodzi o miniaturki — zawsze jest to spontan. ;)

KG: A zarówno w czytaniu opowiadań, jak i w pisaniu swoich historii, jakie preferujesz zakończenia — te szczęśliwie czy raczej smutne?

Anna: Preferuję zakończenia pasujące, będące dopełnieniem całej historii, takie po których widać, że autor nie napisał ich „na odwal się”. Czy są one szczęśliwe, czy też smutne ma mniejsze znaczenie. Nie będę spoilerować, ale jeśli ktoś wie, o co chodzi, to uwielbiam film „Zanim się pojawiłeś” właśnie za zakończenie — bo pasowało. Lubię też, gdy zakończenie jest „rzeczywiste” — nie jest naciągane na siłę. Dobrze, jeśli niesie ze sobą też jakąś naukę.

KG: Masz rację w stu procentach. Zakończenie powinno być przede wszystkim realne i oddające to, co autor chciał przekazać. Często bywa tak, że po namowie czytelników autor zmienia jakieś szczegóły swojej fabuły. Czy Tobie zdarzyła się taka sytuacja? Uważasz, że autor powinien się trzymać założonego planu, czy czasem może sobie pozwolić na małe wariacje?

Anna: Jeśli o mnie chodzi, nie ulegam presji tłumu. Zdarzyło mi się raz zainspirować reakcjami czytelników, ale to dlatego, że naprawdę spodobał mi się ten pomysł i bardzo pasował do fabuły. Uważam, że póki autor zachowuje swój styl, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pozwolił sobie na małe odstępstwa od planu. Oby to tylko nie była całkowita zmiana koncepcji, bo to on ma pisać historię, a nie jego fani. Przecież właśnie dla jego pomysłów sięgają po tę konkretną pracę.

KG: Całkowita racja! Zostając nadal przy temacie blogowania chciałam zapytać jakie zalety, a jakie wady ma dla Ciebie ten blogowy świat? Co najbardziej Ci się podoba w blogowaniu, a co najmniej?

Anna: Mówiąc o blogowym świecie, będę się odnosić i do wattpada, i do bloggera. Zacznijmy od zalet tego świata. Po pierwsze można liczyć na odzew czytelników, ich ocenę, komentarze, wskazanie błędów. Jako autorzy możemy się wiele nauczyć, czytelnicy zaś mogą przebierać w opowiadaniach i trwonić swój czas na czytanie — co najlepsze — za darmo i w każdym miejscu, jeśli tylko jesteśmy gotowi używać urządzeń mobilnych. Najważniejszą zaś wadą, która pierwsza przychodzi mi na myśl, gdy myślę o blogach, to: hejt. Skąd się to bierze? Z anonimowości i przekonania, że wyśmiewanie kogoś przez internet nie jest tak krzywdzące, jak wyśmiewanie go w realnym życiu. Poza tym pewnie niektórzy chcą zabłysnąć zachęceni pseudo-recenzowniami, mającymi za cel „walkę ze słabymi opkami”. Według mnie nie tędy droga. Jednakże jest to temat rzeka, o którym można dyskutować godzinami.

KG: Zgadzam się z Tobą, obecny blogowy świat, głównie za sprawą Wattpada, nie jest uznawany za zbyt pozytywne zjawisko, ale ja jako zwolenniczka blogspota cieszę się, że mam okazję publikować swoje opowiadania i mam kilku wiernych czytelników, którzy je komentują. Jak już mowa o czytelnikach i autorach publikujących swoje opowiadania/tłumaczenia, czy odkąd wkręciłaś się w pisanie, poznałaś jakieś wartościowe osoby, z którymi utrzymujesz stały kontakt? Może zawarłaś jakieś bliższe znajomości?

Anna: Jest parę takich osób, i wśród czytelników, i wśród autorów. Nie należę do osób, które przesiadują, pisząc wiadomości na facebooku, ale zdarza mi się wymienić parę słów. Prywatnie jeszcze nigdy się z nikim nie spotkałam, ale kto wie? Może jeśli skuszę się na jakiś konwent, to okazja się znajdzie?

KG: Warto zawsze szukać okazji, a nuż widelec uda się którąś z internetowych znajomości przerodzić w prawdziwą przyjaźń! A starasz się nawiązywać kontakt ze swoimi czytelnikami pod poszczególnymi rozdziałami? Prowadzisz jakieś dyskusje, odpisujesz na komentarze, czy raczej trzymasz się na dystans?

Anna: Odpisuję na komentarze, prowadzę dyskusje (o ile mają sens). Wynika to głównie z tego, że sama nie lubię, jak mnie autor olewa. Oczywiście, jeśli widzę komentarz jednowyrazowy typu: „Cudownie!”, raczej nie trudzę się, żeby odpisać. Jeśli ktoś się napracował nad komentarzem, a ja nie bardzo mam się do czego odnieść, bo właściwie nie mam nic do dodania, nie wiem, co mogłabym napisać, to zawsze odpiszę przynajmniej zwykłe „dziękuję”. Czasem zdarza mi się zapominać o tym, żeby odpowiedzieć na zapytanie lub jakąś myśl, bo na przykład w pierwszej chwili nie miałam czasu. Myślę, że kontakt z czytelnikami, jeśli działamy w internecie i mamy do tego narzędzia, jest ważny.

KG: Myślę, że taka wymiana komentarzy z tymi „prawdziwymi” czytelnikami jest wyrazem szacunku do nich i jakimś sposobem podziękowania za to, że poświęcili trochę czasu, aby naskrobać komentarz pod danym rozdziałem. A jeśli mowa o czytelnikach, jesteśmy ciekawe, czy czytasz opowiadania swoich czytelników? Czy także starasz się je komentować? Przy okazji nasuwa się pytanie o Twoje ulubione opowiadania. Dlaczego akurat je lubisz i co Ci się w nich podoba?

Anna: Ja ogólnie mało czytam, ale czasem zdarza mi się zaglądnąć tu i tam. Staram się wtedy zostawić po sobie jakiś ślad, jakąś poradę, pochwałę. Mam parę ulubionych opowiadań, a to, co mnie do nich przyciąga, można nazwać „lekkością pióra”. Opowiadanie, na które się zdecyduje, musi samo się czytać. Czytam dla rozluźnienia, filmy zaś oglądam, żeby zastanowić się nad czymś głębiej.

KG: A masz jakąś perełkę wśród tych opowiadań, które czytałaś, do których mogłabyś wracać non stop? ;)

Anna: Nie wracam do opowiadań. Wystarczy mi, jak przeczytam raz. Pojęcie „perełki” też jest trochę nieodpowiednie, gdyż ja „perełkami” nazywam raczej twórczość na poziomie Stephena Kinga, a z czymś takim jeszcze się nie spotkałam ani na wattpadzie, ani na bloggerze. Moim ulubionym opowiadaniem, które pojawiło się na blogu, jest „Naucz mnie latać” właśnie za tą lekkość i humor. No i było bardzo długie, więc pewnie tym zapadło mi w pamięć.

KG: „Naucz mnie latać” jest bardzo znanym nam opowiadaniem, więc i nam zapadło w pamięć! Może teraz przejdźmy do pytań związanych z Tobą. Jaka jesteś na co dzień? Czym się zajmujesz poza pisaniem?

Anna: Och, można powiedzieć, że prywatnie jestem osobą z wyjątkowo trudnym charakterem oraz strasznymi humorkami. Dodatkowo jestem uparta jak osioł, ale to chyba można nazwać ambicją. Bez obaw — mam parę dobrych cech. Podobno jestem dobrą nauczycielką, cechuje mnie pomysłowość, poczucie humoru, a także dobry gust muzyczny. Z tego ostatniego jestem bardzo dumna. Zawodowo zajmuję się kosmetologią — głównie „robię” paznokcie oraz zabiegi w obrębie twarzy. Nie wiem, czemu wpadł mi do głowy pomysł, że nadaję się do pracy z klientkami, jednakże daję radę. :D Ostatnio zrobiłam także kurs instruktora fitnessu i mam nadzieję na to, iż od stycznia uda mi się znaleźć więcej czasu na zastępstwa i może jakieś stałe godziny. :)

KG: Każdy z nas ma w sobie taką mieszankę cech, ale fajnie, że jesteś aktywna i jak widać nie lubisz nudy. Dobrze także, że dajesz sobie radę w pracy. Grunt to pozytywne myślenie! A czy masz jakieś wyjątkowe hobby? Pomijając oczywiście pisanie.

Anna: Jeśli wyjątkowym hobby można nazwać terrarystykę, to mam. Hobby to objawia się posiadaniem przeze mnie samicy legwana zielonego oraz dwóch samic agamy brodatej. Jaszczurkami zajmuję się od przeszło sześciu lat. Skąd to się wzięło? Nie wiem.

KG: O kurczę, muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiej informacji! To naprawdę bardzo ciekawe — jak stałaś się posiadaczką jaszczurek? Prezent od kogoś czy sama zdecydowałaś się na taki krok?

Anna: Leonarda, legwan zielony, została mi podarowana przez ojca, ale już wcześniej kupiłam i przygotowałam wszystkie potrzebne do hodowli rzeczy. Ogólnie podobały mi się te zwierzęta i znajomy rodziców posiadał taką jaszczurkę, ponadto zakładałam, że raczej takiego „bydlaka” kot mi nie zje. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak skomplikowałam sobie tym życie. Leonarda przyjechała do mnie z Czech w pudełku wielkości tych do sałatek, a dzisiaj ma 130 centymetrów długości i mieszka w terrarium wysokim na dwa metry, szerokim na półtora i głębokim na siedemdziesiąt centymetrów. Trochę zajmuje miejsca. Pierwsza agama zaś była prezentem walentynkowym od mojego obecnego narzeczonego.
Koleżankę dla agamy dokupiłam już sama, żeby się im nie nudziło, a ja dzięki temu mogłam zaobserwować zachowania „społeczne” tych zwierząt. To nawet ciekawe.

KG: Chciałabym sama przekonać się jak takie zwierzęta się zachowują, bo naprawdę mnie zaciekawiłaś tym tematem! ;) Zbaczając delikatnie z toru chciałabym jeszcze zapytać o plany na przyszłość — wiążesz je z pisaniem? Gdzie i jak widzisz się za kilka lat?

Anna: Pisać na pewno nie przestanę, ale czy za kilka lat tworzenie historii będzie odgrywać w moim życiu większą rolę? To niekoniecznie zależy ode mnie. Jeśli ktoś zechce wydać jakąś moją powieść, to czemu nie iść tą drogą? Na pewno, jeśli chodzi o zawód, to chciałabym zajmować się w równym stopniu dbaniem o urodę ludzi za pomocą kosmetologii, jak i fitnessu. Świetnie byłoby połączyć te dwie dziedziny, myślę, że jest to dość ciekawa ścieżka rozwoju. Może za parę lat otworzę coś swojego? Co jest pewne — chciałabym być sama dla siebie szefem.

KG: Jakiś czas temu zauważyłam na Twoim blogu wiadomość, że zamierzasz przekształcić „Esencję cierpienia” w książkę, którą zamierzasz wysłać do wydawnictw. Trzymamy kciuki, żeby Twoje marzenia z tym związane się spełniły! ;) Jestem także przekonana, że determinacją i ambicją zdołasz osiągnąć zamierzone cele. A jak już mowa o marzeniach, czy masz jeszcze jakieś, które chciałabyś, aby się spełniły?

Anna: Mam cichą nadzieję, że może jednak się uda, a jeśli nie — mam inne przyziemne i łatwiejsze do spełnienia zachcianki. Zdaje się, że wszystkie moje najważniejsze marzenia zostały wymienione w tej rozmowie. Mogę co najwyżej wspomnieć o marzeniu o nieśmiertelności, bo nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie coś w przyszłości ominąć.

KG: Cóż, to marzenie wydaje się takie troszkę na wyrost, ale każdy ma prawo o tym rozmyślać. Bo przecież z marzeń nikt nie rozlicza, prawda? Jednak tematem naszego wywiadu jest głównie pisanie, dlatego wróćmy do tego wątku. Jesteśmy ciekawe czy Twoja rodzina/znajomi wiedzą, że piszesz i czy Cię w tym wspierają?

Anna: Moja rodzina, narzeczony, paru znajomych wiedzą, że piszę. Nawet niektóre moje klientki o tym wiedzą. Osoby, które obserwują mnie na instagramie też mogły się domyślić. Czy mnie wspierają? I tak i nie. Czy mnie wspierają? I tak i nie. Zależy jak rozumiemy to pojęcie. Na pewno większość życzy mi, żeby to marzenie się spełniło. Mam znajomego, któremu podrzucam niektóre opowiadania do recenzji i to właśnie jemu zawdzięczam największy postęp. To on prawdopodobnie pomoże mi w przerabianiu „Esencji Cierpienia”: wytknie głupie błędy, brak logiki, słabe fragmenty. Od rodziców słyszę co jakiś czas: a kiedy wreszcie to wydasz? Mój narzeczony nie jest typem książkofila, ale lubi słuchać o moich pomysłach i wraz ze mną zacierał ręce przed "premierą" ostatniego rozdziału ATSM. W sumie niewiele osób z mojego najbliższego otoczenia czytało moje twory, więc raczej nie mają jak pomóc.

KG: Ważne, że wspierają, nawet jeśli tylko słowem! Mówisz, że twój znajomy wspiera cię recenzjami, z czym wiąże się moje pytanie — jak radzisz sobie z krytyką i jak na nią reagujesz? Raczej ze spokojem?

Anna: Kiedyś reagowałam emocjonalnie i bez zastanowienia, wciskając komuś swoje racje. Teraz się zastanawiam, czy faktycznie mam słuszność. Ale jeśli mam być szczera, to dużo zależy od mojego humoru. Znaczenie ma też to, kto jest osobą krytykującą. Ogólnie najbardziej nie lubię, gdy ktoś wytyka mi „błędy”, których nie ma albo robi z drobnostki straszny problem. Najgorzej jak podczas dyskusji ktoś wsadza w moją „klawiaturę” słowa, których nie napisałam. Nie znoszę recenzentów-nadinterpretatorów. Ogólnie rzadko spotykam się z krytyką ze strony obcych ludzi, zazwyczaj jest to coś w stylu wskazania błędu. Nie mam z tym większej styczności. Na znajomego się denerwuję, bo czasem nie rozumie mojej wizji, która jest inna od jego wizji.

KG: Nawiązując do tego tematu — co poradziłabyś początkującym autorom, którzy stawiają pierwsze kroki w pisaniu/blogowaniu?

Anna: Po pierwsze powinni przynajmniej jedno swoje dzieło opublikować, żeby zobaczyć, jak czytelnicy będą reagować. Czytelnik jest najlepszym motywatorem do pisania, a także krytykiem i doradcą. Po drugie, i chyba najważniejsze, a równocześnie najtrudniejsze (widzę, jak jest w praktyce) — opowieść rozpoczęta musi się doczekać zakończenia. Przeskakiwanie z opowiadania na opowiadanie i niekończenie w rezultacie żadnego nie sprawi, że staniecie się lepszymi autorami. Co to za autor, który nigdy nie ukończył „książki”? Czy on w ogóle wie, jak napisać dobre zakończenie, jak rozwiązać poruszone wątki? Kolejną sugestią jest zaprzyjaźnienie się z interpunkcją i ortografią, a przynajmniej poznanie podstawowych zasad. Tym sposobem dochodzimy do betowania tekstów — można robić to samemu, czemu nie? Ważne, żeby to robić. W czasie poprawiania najlepiej czytać tekst na głos, żeby słyszeć, czy zdania brzmią naturalnie. Gwarantuję, że łatwiej wychwycić błędy w taki sposób. Podczas poprawiania nie raz przyjdą nam do głowy nowe wtrącenia, sposoby na poszerzenie opisu, lekką zmianę dialogu, aby stał się ciekawszy. Ostatnia rada — po prostu piszcie. Gdy brakuje mi tej tak zwanej „weny” — chęci, motywacji, czy czym ona dla was jest — piszę nawet zwykły szkic, ale piszę cokolwiek. Nie zatrzymuję się w miejscu, usprawiedliwiając się, bo wtedy chyba do dzisiaj pisałabym „Esencję cierpienia”.

KG: Dziękujemy za tę wyczerpującą wypowiedź! Twoje rady są bardzo dobre i wydają się takie... oczywiste, ale zapewne żadna z nas w pierwszym odruchu nie wymieniłaby ich aż tyle. Na zakończenie naszego wywiadu chciałabym zapytać, czy masz ochotę powiedzieć coś swoim czytelnikom? Może ich pozdrowić?

Anna: Tyle chciałabym powiedzieć, naobiecywać, ale nie będę tego robić, bo często trudno mi się z obietnic wywiązać. Na pewno powiem, że postaram się zaglądnąć czasem na wattpada i może coś zaktualizować. Zapewne byłoby nudno bez waszych komentarzy i po pewnym czasie by mi ich zabrakło. Pozdrawiam wszystkie osoby, które mnie kojarzą, a te, które nie mają pojęcia, kim jestem, zapraszam do lektury moich opowieści. Mamy okres przedświąteczny, także nie może się też obyć bez życzeń. Wesołych, rodzinnych świąt dla wszystkich, spełnienia marzeń, nawet tych najbardziej szalonych, innym pisarzom życzę „weny” i sukcesów, a zapalonym czytelnikom więcej opowieści do przeczytania. Katalogowi Granger dziękuję za cierpliwość oraz działalność, w którą się angażują, dzięki takim osobom, jak wy, ten blogowy świat wciąż żyje i się rozwija. ;)

KG: Dziękujemy za miłe słowa i wywiad! Przy okazji życzymy powodzenia w pisaniu nowych opowiadań/miniaturek, spełnienia marzeń i wesołych rodzinnych świąt! :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

szablon wykonany przez oreuis