Nocą umieram ze strachu. W kształtach
cieni widzę postacie, skręcone pod nadnaturalnym kątem i wijące się w
abstrakcyjnych pozycjach, jakby w każdej chwili były gotowe rozszarpać mnie na
strzępy. Czasem, w ciemności szalik przypomina węża, szepczącego nienawistne
przekleństwa w swoim języku, nie mogąc się doczekać momentu, kiedy jego śliska
skóra uwięzi moje gardło i szczelnie odetnie dopływ krwi do mózgu. Niekiedy
kroki ulicznych przechodniów są głuchymi trzaskami zabójczych zaklęć, a
skrzypienie okna – upadkiem martwych ciał.
Mrok rządzi się własnymi prawami. Tutaj
logika oddaje ukłony, uciekając na boczny plan. Wychodzę na ulicę, biorąc
głęboki oddech. On już czeka.
Idziemy ramię w ramię, trwając w spokojnej
ciszy. Tak jest wygodniej. Rozmowę zostawiamy na inną okazję, dzisiaj słowa są
zbędne. Zaburzyłyby chwiejną równowagę, jaką wypracowaliśmy w przeciągu lat.
Oboje zwyczajnie gubimy się we własnych myślach, na nowo zacierając szlaki
wspomnień, głównie tych złych. Trudno to pojąć, a co dopiero ogarnąć rozumem.
Wszystko jest takie… ważne, mistyczne i dogłębnie osobiste.
Wzdycham przeciągle.
Pierwszy maj tonął w gruzach, stojąc pod
znakiem odbudowy i histerycznej radości po długim wstrzymywaniu oddechu.
Zamknięci w chwili, trwającej sekundę, snuliśmy plany, bo przyszłość wreszcie
była na wyciągnięcie ręki, wystarczyło zaledwie po nią sięgnąć… Zanurzeni w
euforii, rozpostarci w siódmym niebie szczęścia kontemplowaliśmy koniec.
Ostateczny epilog naszej powieści, po którym na horyzoncie majaczy bajkowe
zakończenie. Niestety nie wszystkie trupy mieszczą się w szafie.
Naiwnie myśleliśmy, że wygraliśmy. Że
krucjata dobiegła do mety. Że nareszcie nadszedł czas, kiedy zostaniemy sami ze
sobą. Bez ciężaru na barkach, bez ciągłej odpowiedzialności za losy tylu
istnień. W gruncie rzeczy – to nie była kwestia wygranej. Patrząc na bilans
zysków i strat, od początku postawiono nas na straconej pozycji.
— Minął rok — mówi, gdy siadam tuż koło
niego.
— Kolejny — dodaję.
O pewnych sprawach łatwiej jest pisać, nie
mając o nich zielonego pojęcia. W pamięci nie przesuwałaby się galeria miesięcy
ciągłego oczekiwania, rozstrojenia nerwów i życia w cieniu katastrofy, która w
każdej minucie mogła wybuchnąć gorącym żarem, trawiąc wszystko dookoła. Wtedy
zabrakło nam czasu na zastanowienie. Błądziliśmy po omacku, podtrzymywani
jedyną myślą, że jakoś będzie… (A gdyby… nie było?). Przeżywszy skromną część
życia, byliśmy trójką dzieciaków, która musiała bawić się w wojnę.
Często zadaję sobie pytanie, czy mogliśmy
zrobić więcej? Lepiej? Szybciej? Bez zająknięcia odpowiedziałabym tak. Ale boję
się powiedzieć to na głos. Pewne rzeczy po prostu lepiej brzmią w myślach.
Gdyby świat umierał za każdym razem, gdy
płaczemy – już dawno żylibyśmy w zgliszczach. Personalne tragedie są niczym
wobec milionów. Historia lubi dramaty, jeśli można je wspominać w
bezpieczeństwie ciepłego domu i z kubkiem kawy w ręce. Bezpieczni. Z daleka od
frontu, gdzie śmierć świstała z jednej strony na drugą. Z daleka od cierpienia,
śmierci, zła, poświęcenia, miłości, przyjaźni.
Z wojny się nie wraca. A bohaterowie
umierają. Tylko szczury dożywają następnego świtu bez zbędnych wyrzeczeń.
Szkoda, że o gryzoniach wychodzą kiepskie ballady.
— Wiesz, czasem rozmyślam i… — urywa,
przygryzając wargę. — Było w ogóle warto?
Wzruszam ramionami.
— A mieliśmy wybór?
Śmieje się gorzko, patrząc na nocne niebo.
— Wyobrażasz sobie? Jesteśmy historią —
zaczyna energicznie, coś w nim pęka. — Ja… — waha się, czy kontynuować. Jego
oczy nagle gasną. — Ciekawe… jaką.
Kładę rękę na jego ramieniu.
Przynajmniej kolejny maj pachnie miętą na
cmentarzu.